środa, 12 czerwiec 2013 21:58

Opowiem Wam prawdziwą historię o pewnej dziewczynce, która ma na imię Eliza.

Był zimowy wtorek. Tego dnia chodniki zamieniły się w ślizgawki. Dlatego zanim doszłyśmy do dużego szarego budynku, w którym odbywały się targi książki, trochę bolała mnie pupa, a gąskę kuper.

 

– Ale góry. Gę, gę! – gęgnęła Waleria, kiedy weszłyśmy do środka. Nie były to Tatry, gdzie mieszkają świstaki, ani też Karpaty porośnięte liliowymi dzwonkami.
Były to góry książek. Małych, średnich i dużych. Jedne z nich miały lakierowane niebieskie okładki, inne lniane grzbiety, a jeszcze inne tasiemki w kogutki. Było ich więcej niż płatków śniegu w średniej wielkości bałwanie.
– Idę tam – zdecydowała szybko gąska i poczłapała do góry książek znanego podróżnika, obok których stał globus większy od głowy słonicy. 
Ja podążyłam w miejsce, gdzie znajdowały się książki o dziewczynce lubiącej pączki. Ale… tylko te, które są wypełnione konfiturą z róży.
„Puść mnie, wiewiórko! – zapiszczała Tosia, kiedy rude stworzenie zaczęło ciągnąć ją za sukienkę” – przeczytałam początek pierwszego rozdziału. Nagle obok mnie stanęła pani w zielonym swetrze, która jakby wyrosła z podłogi.
– Dzień dobry, Cecylko – powiedziała.
– Dzień dobry! – przywitałam się. – My się chyba znamy. Ma pani na imię Katarzyna i jeśli dobrze pamiętam, spotkałyśmy się w mieście krasnali. Czyż tak?
– Tak – uśmiechnęła się właścicielka zielonego swetra. – Robiłyśmy wtedy truskawki z papieru i rozmawiałyśmy. Powiedziałaś mi, że próbujesz wymyślić syrop, który potrafi przegonić wszystkie wstrętne choroby męczące dzieci. Chciałaś go rozlać do buteleczek i dać w prezencie każdemu maluchowi, kiedy tylko wyturla się z brzucha mamy. Tak na wszelki wypadek. Jeśli udało ci się przygotować taki syrop, czy mogłabym dostać buteleczkę… albo dwie? – spytała na koniec.
– Nie udało się… – pokręciłam głową.
– Szkoda, wielka szkoda… – westchnęła pani Kasia.
– Pani jest chora? – spytałam nieśmiało.
– Nie, nie – zaprzeczyła szybko pani Katarzyna.
– Ja jestem zdrowa jak ryba, ale znam dziewczynkę, do której organizmu zakradła się podstępna, złośliwa i męcząca choroba. Przeszkadza dziewczynce pisać, podkłada jej nogi i wykrada słowa, które dziewczynka chce wypowiedzieć.
– To dlaczego ona nie łyka pastylek? – zapytałam.
– Łyka, łyka – powiedziała dwa razy pani Kasia. – Codziennie dwie lub nawet trzy. Niestety, są bardzo drogie i jeśli wkrótce ktoś nie wrzuci do kuferka rodziców dziewczynki garści monet, to nie będą mogli kupić następnego opakowania pastylek. Boję się pomyśleć, jak ucieszy to panią Chorobę. Pewnie będzie z radości kręciła piruety, głośno się śmiała i jeszcze bardziej dokuczała dziewczynce.
– To ja rozbiję moją świnkę skarbonkę! – zawołałam.
– A może znajdę fabrykę złota albo pojadę gdzieś daleko poszukać diamentów, lub sprzedam moje koraliki – wysypywałam z siebie pomysły. Chyba robiłam to trochę za głośno, bo pan czytający kryminał spojrzał na mnie groźnie i powiedział:
– Ciiiiiiii!
– Mam inny pomysł – tajemniczo ściszyła głos pani w zielonym swetrze.
– Napadniemy na bank? – spytałam cichutko.
– Ależ nie – natychmiast zaprzeczyła pani Katarzyna i poprosiła, bym uważnie jej posłuchała. – Weźmiesz, Cecylko, kolorowe szmatki – mówiła cicho. – Uszyjesz z nich lalkę i ubranka. Potem pokażesz lalę wszystkim mieszkańcom miasteczka. Jestem pewna, że lala spodoba się komuś i ten ktoś kupi ją za kilka lub kilkanaście monet. Monety trafią do kuferka, a następnie do apteki, w której zostaną wymienione na pastylki. Potem łyknie je dziewczynka i poczuje się lepiej.
– To doskonały pomysł – powiedziałam. – Ale jest problem. I to chyba większy niż hipopotam. Ja nie umiem szyć…
– Oooo! – jęknęła pani Kasia i posmutniała.
Nie mogłam dopuścić, by zamieniła się w smutną królewnę, więc powiedziałam:
– Ale spróbuję się nauczyć. 
Te cztery słowa namalowały na buzi pani Katarzyny uśmiech od ucha do ucha. Była taka szczęśliwa, że zamiast podejść do półki z baśniami, wybiegła z budynku i zrobiła anioła na śniegu. 
Przez chwilę nie wierzyłam w to, co powiedziałam. Czułam się tak, jakbym obiecała pani Kasi, że dzisiaj wieczorem polecę na Księżyc, i to na latającym dywanie.
– Wracam do domu – oznajmiłam gąsce, która siedziała na globusie, i wcisnęłam na głowę czapkę. Nie dotarłam tam jednak, bo weszłam do turkusowej szopy z nadzieją, że wewnątrz zastanę czarownicę, która wyczaruje dla mnie szmaciankę. Usiadłam na skrzynce i patrzyłam na lalkę, która siedziała obok mnie. Była taka śliczna. Szkoda, że tylko w mojej wyobraźni. Nagle zaskrzypiały drzwi. Nie była to jednak czarownica, ale Joasia z mnóstwem śniegowych płatków na płaszczu i czapce.
– Co ty tutaj robisz? – zdziwiłam się.
– Przyszłam ci pomóc – odpowiedziała moja przyjaciółka.
– Ale skąd wiesz, że potrzebuję pomocy? – spytałam.
– Bo przechodząc obok mojego domu, wyglądałaś tak, jakbyś na plecach niosła hipopotama – wyjaśniła Joasia.
– Właśnie tak się czuję… – westchnęłam głęboko i opowiedziałam Joasi o pani Katarzynie, dziewczynce, białych pastylkach i szmacianej lalce, której nie potrafię uszyć, choć bardzo chcę.
– Nie martw się – powiedziała Joasia i poprosiła, bym zostawiła w szopie hipopotama i poszła za nią. Tak też uczyniłam. Po kilkunastu minutach byłyśmy już w jej pokoju. Niektórzy mówią, że jest to najbardziej kolorowy pokój na świecie. Ja wolę o nim mówić: gałgankowy.
Tego popołudnia pokój Joasi zamienił się w pracownię krawiecką. Joasia była krawcową, a ja jej pomocniczką. Najpierw do akcji wkroczyły nożyczki, które ciach, ciach – wycięły z kremowej flaneli sylwetkę lali. Potem maszyna na krzywych nogach, turkocząc i mrucząc,
zszyła kawałki materiału. Na koniec nasze zwinne ręce wypchały lalę miękkimi skrawkami i doszyły czuprynę z pasków brązowego materiału.
– Ona jest golusieńka – zaśmiała się Joasia i spytała, czy uszyjemy dla lali pomarańczową sukienkę czy też różową w ciapki, kropki i kratki.
– Różową – zdecydowałam.
Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Lalka dostała piękną sukienkę, beżowy kubrak, różowe buty i torebkę z kwiatkiem. Aparat zrobił pstryk, pstryk, Joasia rozesłała zdjęcia wszędzie, gdzie się dało, a ja zaniosłam lalę pani Katarzynie. Kobieta uszczypnęła się w bok, by sprawdzić, czy nie śni.

Choć trudno w to uwierzyć, już po kilkudziesięciu godzinach szmacianka zamieszkała w nowym domu, a w kuferku pojawiło się kilka nowych monet. Od tamtego dnia zaczęło się wielkie „papugowanie”, ale takie, które zasługuje na oklaski. Codziennie dowiadujemy się, że gdzieś jacyś mali i duzi szyją lale dla chorej dziewczynki, aby za pieniądze uzyskane ze sprzedaży można było kupić pastylki.

Kiedy oglądamy z Joasią zdjęcia lalek uszytych przez małych i dużych w szkołach, przedszkolach, domach i bibliotekach, czujemy się tak, jakbyśmy jadły ciasteczko z leśnymi poziomkami.


Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o Elizie, zajrzyj tutaj: https://www.facebook.com/ElizaBanicka

Kontakt

Cecylka Knedelek
Wydawnictwo Jedność dla Dzieci

ul. Jana Pawła II nr 4
25-013 Kielce

więcej...

Inne

 

 

 

 

 

 

Copyright © 2010-2016 www.CecylkaKnedelek.pl